sobota, 26 września 2015

Historia pewnej miłości

Poznałam pana narzeczonego przez zupełny przypadek. Byliśmy oboje zalogowani na jednym z portali. Oboje leczyliśmy serca po nieudanych związkach. Po kilkunastu dniach rozmów przez internet postanowiliśmy się spotkać.
To był styczeń 2011 roku.
Umówiliśmy się w piątek wieczorem. Było zimno, ciemno, lał deszcz. On się spóźnił. Byłam na niego wściekła jak osa. Już miałam się zmywać, gdy w końcu się zmaterializował. I miał parasol. Oczywiście na niego nawarczałam, ale postanowiłam pójść z nim porozmawiać. Nawet nie zorientowałam się, kiedy mijał mi czas. Znaliśmy się tylko z kilku rozmów w sieci, a miałam wrażenie, że znam go od dawna. Wymieniliśmy się numerami telefonów, obiecaliśmy sobie kolejne spotkanie.
Nie umiem tego wytłumaczyć w jakiś racjonalny sposób, ale wiedziałam, że nasze drogi połączyły się na dłużej. Kilka tygodni po tym spotkaniu byliśmy już parą. Co ciekawe, choć mieszkaliśmy ponad 100 km od siebie, mieliśmy kilku wspólnych znajomych. Świat jest mały :)
Listopad 2014 roku
To były moje 24 urodziny. Pan narzeczony zabrał mnie do kina i na kolację. Widziałam, że był zestresowany i co chwilę sprawdzał kieszeń w kurtce. Podejrzewałam, co może się stać. Nie pomyliłam się. To była jedna z najbardziej magicznych chwil w moim życiu. Kolejna zbliża się wielkimi krokami. Już tylko niecały rok dzieli nas od powiedzenia sobie sakramentalnego "tak". Zaczynam się coraz bardziej stresować.

2 komentarze: